Egipt 2004 - Beata i Janusz część 1

Rozpoczyna się nasza przygoda z Afryką. Lecimy do Egiptu na 2 tygodnie na wycieczkę typu zwiedzanie + pobyt, wraz z rejsem po Nilu. Nasz pobyt w Egipcie zaczyna się w Hurghadzie. Tam właśnie za chwię lecimy z warszawskiego lotniska Okęcie. Jest 6 grudzień, w Polsce szara i lodowata zima, a nas za kilka godzin przywita gorąca pustynia.

Dzień 1

Jesteśmy na Okęciu z małym poślizgiem, prawie o 7:30 i od razu biegniemy po nasze vouchery do przedstawiciela biura podróży. Szybciutko udajemy się do odprawy bagażowej. Nie ma dużej kolejki, więc jesteśmy migiem obsłużeni. A potem tylko odprawa paszportowa i już możemy iść do naszego gate i spokojnie wyczekiwać na lot. Mamy lecieć charterowym samolotem LOT, to i lepiej bo jednak solidniejsza marka niż samoloty egipskich linii. Czeka spora grupka osób z naszego biura, wszyscy rozsiedli się w ogromnej poczekalni. Przez okna widać paskudną pogodę, plucha, mgła, aż nie chce mi się wierzyć, że za około 4 godzinki będziemy już w gorącej Afryce. Zaczyna się przygoda, podróż na inny kontynent, w zupełnie inny świat, a jak bardzo inny już niedługo mieliśmy się o tym przekonać.

Zapraszają do wejścia na pokład samolotu, przejęcie sięga zenitu. Siedzimy na swoich miejscach, samolot wydaje się taki malutki, a to przecież Boening. Zapinamy pasy i już za chwilę słychać ryk silników, a parę minut później już jesteśmy na pasie startowym. Coraz szybciej i szybciej iiii..... w górę! No nie powiem, żeby to było jakieś miłe odczucie, takie przeciążenie, ale da się wytrzymać. Jakiś czas wznosimy się, pod nami Warszawa zachmurzona, szara. A już niedługo potem nie widać już nic oprócz chmur. Siedzę przy oknie i nie mogę wyjść z podziwu jak pięknie jest ponad chmurami i jak tam cudownie świeci słońce. Śliczne widoki, pierzaste góry wokół nas. Lecimy cały czas na południe. Długo nie widać nic oprócz chmur, ale nagle naszym oczom ukazują się najpierw piękne góry, a potem morze i płynące po nim statki. Pilot objaśnia, że pod nami Turcja i Morze Czarne. Jakiś czas potem lecimy już nad Morzem Śródziemnym, ale niewiele widać. I nareszcie ukazują się pod nami piaski Afryki. To niesamowity widok, połacie piasku, wydm, mieniące się złotem w świetle południowego słońca. Kapitan znów nam tłumaczy gdzie się znajdujemy, bo pod nami ukazują się pierwsze piramidy, jako pierwsza piramida schodkowa w Sakkarze, a parę minut potem już widać kompleks piramid w Gizie. Z góry to wszystko takie malutkie, ale juz robi ogromne wrażenie. Wszyscy pasażerowie wzdychają z zachwytu, bo czują pod skórą, że zaczyna się coś niezwykłego - spotkanie z historią, bardzo dawną historią. Przelatujemy nad Kairem, ogromne miasto, rozciągnięte na obszarze kilkudziesięciu kilometrow kwadratowych, w końcu mieszka tam 18 milionów ludzi. Lecimy dalej na południe, a pod nami nadal niesamowite widoki pustynne, piękne góry w kolorze złoto-pomarańczowym. Mija 4 godziny lotu i jesteśmy nad Hurghadą. Naszym oczom ukazuje się miasto nad brzegiem Morza Czerwonego, które to morze mieni się w lazurowo-zielonych barwach. Niesamowicie piękne widoki, jak z bajki.

Za chwilę będziemy lądować, zapinamy pasy. Ląądduuujjjeeemmmmyyy. UFF, szczęśliwie! Wszyscy pasażerowie klaszczą kapitanowi w ramach uznania za szczęśliwy lot.

Pas startowy wśród piaszczystych pagórków, ciekawy i egzotyczny widok. Gdy już samolot staje, zaczynamy wysiadać i pierwsze co nas uderza po wyjściu to oczywiście gorące i suche powietrze, niemniej jednak bardzo przyjemnie nas otulające. Podjeżdża po nas lotniskowy autobus, aby podwieźć nas do terminalu. A na lotnisku straszny tlok, hałas, jak na bazarze. Czeka na nas przedstawiciel biura podróży i wręcza nam ankiety wizowe, które trzeba wypelnić. Kupujemy znaczki wizowe za 15$ na osobę, wymieniamy troszkę pieniędzy i grzecznie stajemy w kolejce do celnika. Kolejka ogromna, ale nawet szybko idzie. A przy okienku pan celnik rzuca badawczo okiem na każdego z nas, odbiera ankietę i wbija pieczątkę do paszportu. Jesteśmy w Egipcie!! Teraz trzeba tylko odnaleźć bagaże. Nie bylo z tym wielkiego kłopotu, bo przy tasmie z naszymi bagażami czuwa kolejny przedstawiciel biura. Bierzemy nasze walizy i wychodzimy na zewnątrz szukając naszego rezydenta, który ma nas rozwieźć do odpowiednich hoteli na jedyną noc spędzaną w Hurghadzie. Jest rezydent, pokazuje nam nasz autokar, więc udajemy się do niego. Wszystko jest takie dziwne, takie inne niż w Europie. Usiedliśmy w autokarze i wkrótce jedziemy ulicami Hurghady. A tam same hotele, niektóre skromne, niektóre piękne i ogromne jak pałace położone w ogromnych ogrodach, otoczone bajecznymi ogrodzeniami. Coś co rzuca nam się w oczy to patrole arabów, panowie niekoniecznie ubrani w mundury, ale w turbanach na głowie, a w rękach karabiny - to policja turystyczna, która ma pilnować, aby nam turystom nic się nie stało.

No i jesteśmy przed naszym hotelem Golden Five, bardzo duży i piękny hotel. W hollu uderza nas przepych wystroju, który jest tak normalny w tamtych szerkościach geograficznych. Mnóstwo zdobień w kolorze złota, ogromne kryształowe żyrandole, przeszklone gustowne windy. Meldujemy się w recepcji wypełniając formularz meldunkowy, dostajemy klucz i boy hotelowy prowadzi nas do naszego pokoju niosąc oczywiście nasze bagaże. Pokój nie znajduje się w głównym budynku, tylko w położonym w cudownym ogrodzie bungalowie. Pokój ładny, z ogromnym łożem, TV, tarasem no i oczywiście bardzo ładna łazienka. A przez okno niesamowity widok na ogród, pełen palm, krzewów i kwiatów. Jak najszybciej chcemy pójść na spacer, żeby porobić sobie jeszcze trochę zdjęć w tym cudownym miejscu, ponieważ już na drugi dzień udajemy się w dalszą podróż.

Spacerujemy po tym egzotycznym ogrodzie i nie wierzymy własnym oczom w to co widzimy, śliczne kwiaty, baseny, fontanny, rzeźby, altanki, a wszystko pachnie wokół świeżą zielenią. Chcemy też jak najszybciej znaleźć się nad brzegiem Morza Czerwonego, które nas nie rozczarowuje, jest takie czyste, spokojne i jeszcze ten widok zachodzącego już słońca. Niestety to grudzień i nawet w Afryce dzień jest wtedy krótszy, a szkoda bo jest tam wiele do oglądnięcia.

Ale udało nam się zrobić małą sesję zdjęciową, będzie ładna pamiątka, fotki pod palmami.

Około 20 kolacja w formie szwedzkiego bufetu. Mnóstwo jedzenia, wszystko wygląda tak apetycznie że aż trudno się zdecydować. W sumie kuchnia jest taka europejska, ale są  też potrawy przyrządzane po arabsku, ze specyficznymi przyprawami, które nadają im niezapomniany charakterystyczny egzotyczny smak. Można się najeść do woli. Do wyboru różne mięsa (oczywiście bez wieprzowiny, bo tam jedzą koszernie), sosy, sałatki, ryż, ziemniaki pieczone, pieczywo i oczywiście mnóstwo deserów, które są bardzo słodkie. Przesadnie słodkie, przynajmniej jak dla mnie, bo już po małej porcji ptasiego mleczka mam dosyć tych smakowitości, choć wszystko wygląda tak zachęcająco. I oczywiście owoce, które są takie soczyste i smakowite, banany, pomarańcze, kiwi, granaty i wiele innych.

Po kolacji idziemy jeszcze zwiedzać główny budynek hotelu. Idziemy sobie na taras gdzie bardzo uprzejmy arab wpuszcza nas na tenże taras mimo późnej już pory. Podziwiamy wieczorną panoramę Hurghady, która robi super wrażenie. Potem poszliśmy pooglądać co takiego mają w hotelowych sklepikach. A tam przede wszystkim pamiątki, figurki faraonów, bogów egipskich, papirusy. Kupujemy kartki pocztowe i znaczki, żeby nie zostawiać tej sprawy na ostatni dzień. Egipcjanie bardzo uprzejmi i przyjaźni, a wszystko po to, aby jak najwięcej sprzedać, wiedzą jak zdobyć klienta, przychlebić się, nawiązać nić porozumienia opowiadając o sobie, czy swojej rodzinie. Już w ten pierwszy dzień chcieli nam sprzedać papirusy i to jak się później okazało chcieli dużo za dużo, ale wyczuli, że jesteśmy "świezi" w Egipcie, więc jeszcze nie obeznani w cenach. Oczywiście podstawą przy zakupach jest targowanie. Egipcjanie to uwielbiają, mojemu Mężowi też to się spodobało. Czasem nie chciał nic kupować, ale potargować się to i owszem, czasem to musiałam go na siłę odciągać, bo jeszcze wielbląda by mu sprzedali. Żartuje oczywiście, ale trzeba uważać, bo oni bardzo nie lubią gdy po długim targowaniu nie kupisz nic. Większość Egipcjan, przynajmniej tych z turystycznych miejscowości doskonale mówi po angielsku, więc nie ma kłopotu z porozumiewaniem się. W końcu angielski to po arabskim ich drugi język urzędowy.

Obok hotelu widowisko dla gosci "tańczące fontanny". W rytm arabskiej muzyki płyną strumienie wody podświetlone kolorowymi światłami. O zmroku wygląda to przepięknie.

Po całym dniu wrażeń wracamy do naszego pokoju, aby odpocząć przed kolejnym etapem podróży, gdyż na dzień następny przewidziana jest dość daleka podróż -  do Assuanu, na samo południe Egiptu, jedno z najgorętszych miejsc tego kraju, gdzie latem temperatury sięgają 54 stopni. ciąg dalszy...

 

Zobacz także: Galeria Zdjęć, Filmy, Książki, Wycieczki