zobacz: galeria zdjęć, video Sahara na wielbłądach W Poniedziałek o 6:40 podjeżdża pod nasz hotel autokar, który zabierze nas w długą podróż po bezdrożach Tunezji. Udajemy się do rejonu mało zaludnionego, na południe kraju gdzie króluje największa pustynia świata - Sahara. Na początek zwiedzamy południową część wschodniego wybrzeża, w którym prym wiodą uprawy drzew oliwnych, przemysł związany z wydobyciem fosforytów, no i oczywiście turystyka nadmorska. Opuszczamy Sousse. Wszędzie gaje oliwne, które ciągną się tutaj kilometrami. Tunezja należy do głównych producentów oliwy i to już od wieków. Na uwagę zasługuje fakt, że takie drzewo oliwne zanim zacznie dawać plony dojrzewa aż 40 lat, ale za to gdy już zacznie dawać plon to można oliwki zbierać przez dziesiątki lat, gdyż drzewa te należą do długowiecznych. Zbiory odbywają się w listopadzie i są dokonowane ręcznie - żadnych kombajnów, czy też innych tego typu urządzeń. Wygląda to tak, że pod drzewem rozkłada się olbrzymie płachty i następnie potrząsa się gałęziami. To co samo nie spadło jest ściągane przy pomocy narzędzi podobnych do grzebieni. Podobno drzewa po tych zabiegach wyglądają koszmarnie, ale jakoś wcale im to nie szkodzi, bo w kolejnych latach wydają kolejne owoce. Oliwki czarne i zielone, które znamy ze sklepowych półek różnią się jedynie swoją dojrzałością. Nie są to odrębne odmiany. Zielone to oliwki niedojrzałe - są twardsze i bardziej chrupiące, a czarne to oliwki dojrzałe, miękkie. Pierwszy punkt zwiedzania na naszej tunezyjskiej trasie to El-Jem. Miejscowość nieduża, a swoją sławę zawdzięcza obecnemu tam rzymskiemu amfiteatrowi, który zachował się w dużo lepszym stanie niż rzymskie Koloseum. Jest to ostatnia tego typu budowla wybudowana przez rzymian. Już z daleka widać wysokie mury tej monumentalnej budowli. W okresie swojej świetności amfiteatr ten mieścił 35 tysięcy widzów. Widownia była podzielona na miejsca siedzące i osłonięte od słońca, jak również na miejsca stojące umieszczone w pełnym słońcu - dla pospólstwa. Podobnie jak w rzymskim Koloseum odbywały się tutaj igrzyska, walki gladiatorów, walki ze zwierzętami, inscenizacje bitew morskich (na tego typu występy scena była wypełniana wodą). Budowla ta służyła również jako forteca gdy zaistaniała taka potrzeba. No cóż, ogrom tej budowli robi niesamowite wrażenie na oglądającym, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę fakt w jak prymitywnych warunkach przyszło budowniczym wznosić te mury. Z El-Jem jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego, nadal za oknami towarzyszą nam gaje oliwne. Kolejnym celem naszej podróży jest miasto Sfax. Jest to duże nadmorskie miasto, które żyje głównie z przemysłu wydobywczego fosforytów. W Sfaxie widać wyraźne pozostałości po bytności Francuzów w tym regionie w czasach kolonialnych i są to oczywiście budynki w stylu europejskim ze spadzistymi dachami i bogatą ornamentyką fasad. Na uwagę zasługuje również tutejsza Medina, która należy do jednych z najlepiej zachowanych w Tunezji. Wąskie uliczki, ciasna zabudowa, małe sklepiki, wieże meczetów - to przenosi nas jakby w czasie. Akurat w dzień kiedy tam jesteśmy jest muzułmańskie święto związane z końcem ramadanu i Medina wygląda na opustoszałą, dlatego możemy swobodnie poruszać się po tym zabytkowym miejscu. W Sfaxie mamy małą przerwę - na obiad w tutejszym hotelu, po czym jedziemy dalej na południe. Niedaleko Sfaxu przejeżdżamy przez ciekawą miejscowość nadmorską - Mahres. Tutaj odbywają się corocznie warsztaty rzeźbiarskie po których niektóre z dzieł pozostają w miasteczku. A rzeźby niezmiernie ciekawe i dość futurystyczne. Na przykład wielki nietoperz, czy też metalowy robot. Jadąc tak wzdłuż wybrzeża nasza przewodniczka pani Ewa opowiada jak to tutejsi mieszkańcy wyławiają z morza ośmiornice. A wygląda to tak, że ośmiornica w ciągu dnia chowa się przed słońcem w różne jamki, zakamarki i to ludzie oczywiście wykorzystują, układając na przybrzeżnych płyciznach gliniane garnki, które stają się dla ośmiornic doskonałym schronieniem a jednocześnie pułapką, gdyż popołudniami ludzie wybierają je z pozostawionych naczyń. Podobno mięso z ośmironic jest bardzo smaczne, w Tunezji przyrządza się je między innymi z grilla. Jedziemy cały czas na południe. W miejscowości Gabes oddalamy się od wybrzeża kierując się na południowy-zachód do Matmaty. Ale po drodze mijamy miejscowość w której mieszkają chyba sami rzeźnicy, gdyż wdłuż drogi przy każdym budyneczku wisi zabita i oskórowana owca. Widać też jak niektóre dopiero skórują oraz jak przyrządzają mięso i pieką je na grillu. Trzeba tutaj zaznaczyć, że mięso w Tunezji jest bardzo drogie, kilogram mięsa z kością tzw. rąbanki dochodzi do 80 złotych. Dojeżdżamy w końcu do Matmaty, krainy rdzennej ludności Tunezji - Berberów, zwanych również Troglodytami. A wyróżniają się oni od innych mieszkańców tego zakątka świata tym, że swoje domy drążą w ziemi. Żyją tak samo jak setki lat temu. Jadąc drogą wśród tutejszych gór jedyne oznaki życia kogolwiek to wystające z ziemi anteny telewizyjne i stojące samochody. Berberowie wieki temu, aby uchronić się przed najeźdźcami drążyli w ziemi jakby ogromne studnie, głębokie na około 4-5 metrów i tam na dole mieli wydrążone podziemne izby usytuowane dookoła ścian tej "studni". Niektórzy Berberowie wykorzystywali naturalne ukształtowanie terenu i drążyli swoje mieszkania w ścianach gór, co z daleka wygląda jakby góry były podziurawione przez korniki. Jeden z takich "domków" berberyjskich mogliśmy odwiedzić. Do takiego domu-studni wchodzi się przez podziemny korytarz-tunel i wzdłuż niego też są usytuowane wydrążone pomieszczenia, spiżarnie, pomieszczenia gospodarcze. Jak wchodzimy na "dziedziniec" widzimy liczne pomieszczenia rozmieszczone dookoła "studni". I są tam pokoje dla dzieci, kuchnia, pokój rodziców z telewizorem. XXI wiek a ci ludzie żyją prawie jak wieki temu. Prawie, bo są tutaj również nowoczesne urządzenia takie jak radia, czy telewizory, śpią na łóżkach a nie na gołej ziemi, niemniej jednak czuć ducha starych czasów. Gospodyni tradycyjnie miele ziarno na mąkę w żarnach, ubrana również tradycyjnie, stopy i ręce pomalowane chną z okazji świąt na zakończenie ramadanu. Wszystko to jest dla nas europejczyków bardzo egzotyczne. W jednym z takich tradycyjnych domów berberysjkich były kręcone sceny "Gwieznych wojen" - dom wuja Luca Skywalkera. Ciekawostką jest również to, że te domki są tak zbudowane-wydrążone, że podczas deszczy, które tutaj mimo bliskości Sahary jednak zimą się zdarzają, woda nie spływa z okolicznego terenu, spływa tam jedynie sam deszcz, tak są wyprofilowane brzegi "studni" aby nic nie spływało do środka. Ale Matmata to nie tylko domy Berberów, to także niesamowite krajobrazy, czerwonawe góry wyjęte jakby żywcem z Marsa. To dlatego duża część zdjęć do "Gwieznych wojen" została nakręcona właśnie tutaj, gdzie wszystko wygląda jak "nie z tej ziemi". W Matmacie wychodzimy na szczyt góry z ogromnym napisem "Matmata" z której rozpościera się przecudna panorama tego niezwykłego miejsca. Zostaliśmy ostrzeżeni przez przewodniczkę, aby nie podnosić kamieni, gdyż pod nimi mogą się ukrywać skorpiony - tak, tak - one właśnie tutaj żyją i w każdej chwili musimy się mieć na baczności. Skorpiony za dnia chowają się przed upalnym słońcem pod kamieniami, w różnych szczelinach skalnych - trzeba być ostrożnym. W miejscowości Tamezret mamy przerwę na wypicie małej herbatki z dodatkiem migdałów, oraz spróbowanie przesłodkich tutejszych ciasteczek z dodatkiem daktyli. I ruszamy w dalszą drogę, tym razem to będzie oaza Douz, tak zwana "brama Sahary". Od tego miejsca rozpoczyna się prawdziwa pustynia. Douz to niewielka miejscowość nastawiona głównie na turystów, gdzie można wybrać się na przejażdżkę w karawanie na wielbłądach po Saharze. I my również korzystamy z tutejszej atrakcji jaką jest niewątpliwie jazda na wielbłądach. Wszystko jest doskonale zorganizowane, czyli począwszy od ubrania całej wycieczki w jednakowe turbany i galabije, po wsadzanie nas na odpowiednie wielbłądy (odpowienie czyli dopasowane do gabarytów jeźdźcy). Przed wejściem na wielbłąda otrzymujemy kilka wskazówek, a najważniejszą jest ta, żeby podczas wstawania i siadania wielbłąda mocno trzymać się uprzęży i wychylać się przeciwnie do ruchów tegoż zwierzaka. No i rzeczywiście wstawanie wielbłąda nie należy do przyjemnych momentów, towarzyszy temu lekki strach, że wylądujemy zaraz na piasku. Ale na szczęście nikt nie spadł, wszyscy dosiedli swoich "rumaków" i ruszyliśmy małymi grupkami w głąb pustyni. Każda grupka, czyli 3-4 jeźdźców dostała swojego przewodnika, który prowadził daną grupę, tak aby żadnemu wielbłądowi nie przyszło do głowy aby nas ponieść w odległe zakątki Sahary. Na pustyni zsiadamy z grzbietów dromaderów aby pospacerować na własnych nogach po Saharze i aby zrobić pamiątkowe zdjęcia. Nasza saharyjska przejażdżka odbywa się tuż przed zachodem słońca, więc możemy podziwiać ten piękny moment właśnie tutaj, na piaskach Sahary, jadąc w karawanie. Już po zachodzie docieramy do naszego autokaru, który zawiezie nas do hotelu. Hotel nazywa się Golden Yasmin i wygląda jak średniowieczne zamczysko, z grubymi murami, małymi okienkami i ogromnym dziedzińcem po środku którego znajdują się 2 baseny, jeden zwykły, a drugi z wodą siarczanową z ciepłego źródła - doskonała rozrywka po całym dniu podróży. Kolejny dzień zaczynamy znów dość wcześnie. Jedziemy nad słone jezioro - Chott El Jerid. Tam mogliśmy obejrzeć wschód słońca w tym niesamowitym miejscu. Słone jezioro to jakby olbrzymia pustynia pokryta solą, wyglądająca jak z lodu. To jezioro wypełnia się wodą tylko okresowo, podczas pory deszczowej. O wschodzie słońca to miejsce wygląda niesamowicie, biała tafla soli, a w oddali czerwone góry Atlas (w Tunezji wszystkie góry nazywają się Atlas). Ciekawostką jest to, że jedziemy drogą przez środek jeziora, którą wybudowano stosunkowo nie dawno, bo w latach 70-tych na grobli przecinającej jezioro. Po środku drogi przez jezioro mamy przerwę na robienie zdjęć, oraz zakupy róż pustyni, daktyli czy też innych pamiątek. Tutejsi sprzedawcy znają co nieco język polski (zresztą jak wielu tunezyjczyków zamieszkujących tereny turystyczne) i rozbawiają nas różnymi wierszykami, a wszystko to po to, aby jak najwięcej sprzedać. Jezioro wypełnia tylko sól, ale i w niej można zakopać się samochodem, czego przykładem był stojący w oddali bus, który pozostał na jeziorze na zawsze po kręceniu jakiegoś filmu. Opuszczamy słone jezioro już w pełnym blasku słońca, przed nami około 50 km do oazy w Tozeur. W Tozeur czekają na nas bryczki, które zawiozą nas do oazy. Każda bryczka mieści po 4 pasażerów. I jedziemy tak sobie, wóz za wozem alejkami wśród ogrodów palmowych. W powietrzu czuć większą wilgotność niż poza oazą, to poprzez wszechobecną roślinność. W Afryce każdy skrawek żyznej ziemi jest maksymalnie wykorzystany. Tak jest również i tutaj. W oazie rosną palmy daktylowe, bananowce, figowce, krzewy granantów, papajów, a ziemia między tymi dużymi roślinami jest wykorzystana do uprawy warzyw : marchwi, dyni, ogórków, melonów i innych. Bryczki zawożą nas do centrum oazy, gdzie możemy z bliska zobaczyć te egzotyczne uprawy. To właśnie z tutejszych oaz pochodzą najlepsze daktyle w Tunezji. Możemy spróbować daktyli prosto z palmy. Kolejną ciekawostką dla nas jest fakt, że palmy to nie drzewa, należą one do gatunku traw - niezła trawa, mierząca kilkanaście metrów?! I opuszczamy oazę, wracamy do autokaru, który zawiezie nas na miejsce spotkania z kierowcami jeepów. Już w autokarze dzielimy się na grupy 6 osobowe, bo akurat tyle nas zmieści się w jednym samochodzie. Czeka na nas niezły konwój terenowych Toyot. Wsiadamy do wyznaczonych aut i za chwilę ruszamy w objazd po pustynnych bezdrożach zachodniej Tunezji. Jedziemy w konwoju z niezłą prędkością. Nasz kierowca okazał się być bardzo towarzyski i rozrywkowy. Włączył nam podczas jazdy muzyczkę, najpierw tunezyjską, a potem to już leciały przeboje dance amerykańskie i europejskie. Niezła zabawa! Kierowca podśpiewywał sobie te wszystkie piosenki, my razem z nim i wszyscy bujaliśmy się w rytm żwawych rytmów. A za oknami terenówki bezkresna pustynia z przechadzającymi się co jakiś czas dromaderami, a w tle czerwone góry Atlas. I w ten oto rozrywkowy sposób dotarliśmy do kolejnej oazy - Chebika. Niewielka oaza położona wśród gór, z małym wodospadem. Do wodospadu idziemy dość stromą górską ścieżką, najpierw wspinamy się w górę, aby następnie zejść w dół do ujścia wodospadu. Piękne miejsce, nic dziwnego, że stało się tłem dla filmu "Angielski pacjent". To właśnie w tych załomach skalnych wodospadu znaleźli schronienie bohaterowie filmu. Wodospad przechodzi w górski potok otoczony rosnącymi palmami. Droga powrotna do jeepów odbywa się właśnie wzdłuż potoku. Docieramy w południowym upalnym słońcu do samochodów i ruszamy dalej, w góry. Jedziemy bardzo krętymi i stromymi drogami cały czas w górę. Nasz kierowca mówi nam, że od granicy Algierii dzieli nas kilka kilometrów, pokazał nam znajdującą się nie opodal wioskę, która już jest w Algierii. Na szczycie góry zatrzymujemy się przy kolejnym wodospadzie. Jest to Tamerza - największy wodospad Tunezji. Oglądamy go z góry, gdyż stąd najlepiej wszystko widać, jak wodospad przeradza się w rzekę, która przepływa przez przepiękny kanion. Urokliwe miejsce. I opuszczamy Tamerzę znów pokonując górskie serpentyny. A potem znów kolejne kilkadziesiąt kilometrów po pustynnych bezdrożach na których pasą się wielbłądy. Kolejną ciekawostką jest to, że te niby dziko żyjące dromadery wcale nie są niczyje. W Tunezji nie ma bowiem "bezpańskich" wielbłądów. Każde z tych spotykanych przez nas zwierząt ma swojego właściciela, a pozostawione są tylko na czas wypasu. Co dobre szybko się kończy, więc nasza jeepowa wyprawa też ma swój kres. Kilkadziesiąt kilometrów od Tamerzy czeka już na nas autokar. Żegnamy się z kierowcą, ostatnie pamiątkowe zdjęcie całej grupki jeepowej i w drogę. Natępny przystanek to Gafsa. Tutaj mamy przerwę obiadową. Z Gafsy kierujemy się już na Kairouan. Jedziemy przez sam środek pustynnej Tunezji. Tutaj jedynym źródłem wody są studnie głębinowe, kopane na olbrzymie głębokości 100 i więcej metrów. Woda tak głęboko położona jest bardzo ciepła, więc jest schładzana podczas przepływu przez specjalne urządzenia. Odprowadzana gorąca para unosi się ponad powierzchnię ziemi co możemy dostrzec z okien autokaru, co wygląda jakby co jakiś czas ktoś palił ognisko na pustyni. Mimo, że tereny są mało przyjazne człowiekowi nie są opustoszałe. Co jakiś czas mijamy kolejne wioski, gdzie uprawia się warzywa (pomidory, paprykę, cebulę, ogórki itd.), jak również drzewa oliwne. Wszystkie te uprawy są sztucznie nawadniane. Niemalże w każdym miejscu daje się zauważyć olbrzymich rozmiarów rośliny przypominające kaktusy, ale są to sukulenty i nazywają się opuncja. Żyją dziko przy drogach, ale są również sadzone przy uprawach stanowiąc naturalną ochronę przed zwierzętami, czy sypiącym się zewsząd piaskiem. Opuncja może osiągać wysokość kilku metrów i daje owoce w postaci kolczastych kulek. Niedojrzałe owoce są koloru czerwonego, dojrzałe przybierają barwę zółtą. W smaku przypominają po trosze arbuza, po trosze granat. Są bardzo soczyste i zawierają dużo pestek. Należy zaznaczyć, że owoce opuncji choć bardzo smaczne to nie wolno przesadzić z ich spożywaniem. Na dzień maksymalnie można zjeść 3 sztuki, aby nie wpłynęło to niekorzystnie na nasz układ pokarmowy. Większa ich ilość może wywołać ostre zaparcia z którymi może poradzić sobie tylko lekarz. Tak więc jak w wielu przypadkach tak i w tym należy zachować umiar. Po drodze do Kairouanu mamy tylko jedną krótką przerwę na kawę w Jelmie, maleńkim i sennym miasteczku. Do Kairouanu docieramy późnym popołudniem. Miasto to słynie z dwóch rzeczy, z najstarszego na kontynencie Afrykańskim meczetu, oraz z produkcji dywanów. Najpierw idziemy do takiej jednej manufaktury gdzie wyrabia się ręcznie dywany. I są to dywany z wełny owczej, z kaszmiru czy jedwabiu. Jako, że jest to ręczna orginalna robota i z doskonałych naturalnych materiałów to ceny są również niezwykle "orginalne". Za mały dywanik z jedwabiu trzeba zapłacić prawie 2000$. Wszystkie wyroby możemy sobie obejrzeć z bliska, podotykać i oczywiście jeśli portfel na to pozwala zakupić coś z tej kolekcji. I jak to zwykle w Tunezji bywa nie może obejść się bez targowania. Z fabryczki udajemy się na zwiedzanie meczetu. To najstarszy meczet na kontynencie afrykańskim, a jednocześnie czwarty co do ważności wśród muzułmanów. Pierwszy i najważniejszy to oczywiście meczet w Mekce, kolejny znajduje się w Medinie, trzeci w Jerozolimie, no i czwarty ten właśnie w Kairouanie. Meczet otaczają wysokie żółte mury, a ponad nimi góruje oczywiście wieża z której rozlegają się 4 razy dziennie nawoływania na modlitwę. Nasza przewodniczka przybliża nam nieco religię muzułmańską. Wywodzi się ona od chrześcijaństwa. Muzułmanie uznają istnienie Jezusa jako jednego z proroków, Maryję jako matkę proroka. Razem z chrześcijaninami muzułmanie mają wspólny stary testament. Religia muzułmańska uznaje Mahometa jako ostatniego już proroka wysłanego przez Boga. Muzułmanie uważają, że jeśli ludzie nie posłuchają jego nauk to nadejdzie koniec świata. Kalendarz muzułmański różni się nieco od kalendarza juliańskiego gdyż liczy się on od narodzin Mahometa, a każdy miesiąc jest wyznaczany fazami księżyca, dlatego rok muzułmański jest nieco krótszy od naszego. Co roku przez miesiąc muzułmanie obchodzą ramadan, czyli taki okres postu i nawrócenia. Podczas ramadanu od wschodu do zachodu słońca nie wolno ani jeść, ani pić, palić papierosów, oraz nie wolno im współżyć seksualnie. Po zachodzie słońca odbywają się codziennie obfite kolacje, aby nabrać sił na kolejny dzień postu. Na zakończenie ramadanu muzułmanie mają 2 dniowe święta podczas których wszyscy się odwiedzają, jedzą różne smakołyki. Istotne jest też to, że na koniec ramadanu wszyscy udają się do publicznych łaźni gdzie oczyszczają swoje ciała. A na dni świąteczne muszą mieć zakupione całkiem nowe ubrania. I nie jest to nowa tylko wierzchnia odzież, ale cały kompletny strój, od bielizny począwszy a na spinkach do włosów skończywszy. I tak oto z nową wiedzą o Tunezji, tutejszych zabytkach i mieszkańcach wracamy późnym wieczorem do hoteli. następny artykuł... Filmy: Zobacz także: zdjęcia, zdjęcia satelitarne, video, książki, wycieczki |